Żwirownia w Krajkowie
Pamiętam od najmłodszych lat, że w nas - dzieciakach w upalne, letnie dni dominowało jedno pragnienie - dostać się jakoś do Krajkowa, na Żwirownię. Serca naszych rodziców uspokajało też jedno - nie było to łatwe. Przynajmniej tak nam się wtedy wydawało. Za żwirownią tęskniły nie tylko dzieci - zmierzały tam też dziesiątki dorosłych. Na rowerach, pieszo, na okazję, autobusem czy na stopa zmierzał lud raciąski zażyć ochłody na Krajkowskim Pojezierzu Żwirowym. Dzieje się tak zresztą do tej pory. Choć już i żwirowania nie taka, i właściciele gonią - nic to. Zawsze tam można spotkać w upalne dni Raciążaków.
Niektórzy żyjąc wspomnieniami, targają za sobą wędki licząc na taaaaaaką rybę. Pamiętam zamierzchłe czasy, kiedy byłem członkiem PZW, że bywało odwrotnie, a mianowice zamiast ryby ze Żwirowni zabierać to się je tam przywoziło. Odławiano w Raciążnicy okonie, płocie i co tam jeszcze udało się złapać i wożono na Żwirownię.
Niestety za to uwielbienie chłodnych krajkowskich wód mieszkańcy Raciąża co roku drogo płacą - życiem. Chyba nie ma roku, żeby na Żwirowni nie utopił się ktoś. W roku 2006 także nie obyło się bez ofiar.
***