Raciąż.eu

Banner portalu Raciąż.eu

Nasze miasto troszkę inaczej

Jesteś w:   Strona główna > Felietony miejskie > Z drugiej strony puszki ...

 

Aktualności

Felietony miejskie

Z drugiej strony puszki ...

Niedziela rano, ciemno za oknem. Pobudka w telefonie, brzęczy, brzęczy, brzęczy …. Trzeba wstawać i szybko biec do domu kultury. Dziś 8 stycznia. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy gra po raz dwudziesty. Tak jak większość radnych z Raciąża zgłosiłem się jako wolontariusz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. O godzinie 7.40 mamy spotkać się w sztabie i ruszać z puszkami w miasto. Będziemy zbierać pieniądze na wcześniaki i kobiety w ciąży chore na cukrzycę. Prawie wszyscy zjawiamy się o umówionej godzinie i odbieramy nasze dzisiejsze wyposażenie. Identyfikator, puszka. Jesteśmy nowi, więc dodatkowo dziewczyny ze sztabu informują nas, że jak będzie nam zimno to możemy zajrzeć po gorące napoje do MCK. Przez cały dzień będzie gorąca herbata, kawa oraz kanapki i ciastka. Koleżanki pracujące na miejscu w domu kultury przygotowują napoje i posiłki na bieżąco. To już ich kolejny finał. Rozmawiamy trochę. Okazuje się, że jest nas - zbierających 25 osób. Wydaje się nam, że to dość sporo, powinno być ok. Dla części młodzieży to już kolejny finał. Mają wprawę w zbieraniu datków.

Ruszamy w miasto dużą grupą. Idziemy Parkową, na rondo – zero ludzi. Niesiemy nasze puste puszki. Pada hasło: rozdzielamy się. Ja zostaję z Andrzejem i Januszem. Reszta znika nam z oczu. Idziemy ulicą Błonie. Ciągle pusto. W końcu na horyzoncie zjawia się jeden potencjalny darczyńca. Idziemy w jego stronę. Nagle potencjalny darczyńca zamienia się w znikającego darczyńcę – wykonuje manewr uchylający i szybkim krokiem przechodzi na drugą stronę ulicy. Trudno, idziemy w stronę centrum miasta ulicą Warszawską. Po drodze mijamy kilka osób, te od razu, bez pytania z daleka informują nas, że oni tylko na chwilkę wyszli i pieniędzy nie posiadają. I nic nam nie dadzą. Idziemy dalej. Z daleka widać dwójkę ludzi. Pada propozycja – panowie, spróbujmy inaczej: jeden pójdzie jedną stroną chodnika, drugi drugą a trzeci środkiem. Nie ominą nas i jest szansa, że wrzucą. Ok., pomysł fajny. Nie zdążymy jednak zrealizować tej propozycji. Para dostrzega nas zręcznie obraca się i skręca w drugą stroną. I tyle ją widzimy. Znów zero pieniędzy.

Dość nieśmiało postanawiamy iść pod kościół. Niedługo skończy się poranna msza i wyjdą ludzie z kościoła. Ruszamy Placem Mickiewicza. Przed sklepem dostrzegamy trzech dżentelmenów z piwem w ręku. Idziemy więc do nich. Słyszymy: Panowie, my to na piwo wszystko wydaliśmy, ale damy potem. Ok, dzięki. Dalej idziemy pod kościół. Po drodze mijamy pojedyncze osoby, raz słyszymy, że „ja już zapłaciłem” innym razem, że nie mam pieniędzy bo „tak” wyszłam. Nikogo nie zaczepiamy, więc widać, że ludzie sami czują potrzebę wytłumaczyć się. Myślimy – ok., to dobrze wróży, może dadzą potem. Idąc słyszymy dowcip: Wiecie, jaki jest ulubiony samochód żebraków? Panda. Hehehe. Docieramy pod kościół. A tu zaskoczenie – najlepsze miejsca przy samej bramie zajęte. Stoi już tam cała ekipa młodzieżowa z puszkami. Dyskutują. Podobno kiedyś ksiądz spod bramy wygonił. Nie chcąc ryzykować konfliktu pomiędzy samorządem i kościołem stajemy dalej. Dyskutujemy, że zmniejsza to szanse na zebranie pieniędzy bo dziewczyny z puszkami już od wszystkich dostaną datek. Trudno. Nie będziemy wchodzić w paradę młodym. Godzina 8. 30. Czekamy. Rozmawiamy. Puszki puste. Chcemy od czegoś zacząć, wyciągamy swoje pieniądze i jeden drugiemu wrzuca do puszki. Czekamy.

Drzwi kościoła otwierają się i przed nimi staje dwóch ministrantów. Ludzie zaczynają wychodzić. Zatrzymują się koło dziewczyn z puszkami i wrzucają pieniądze. My stoimy kawałek dalej – nikt do nas nie podchodzi. No to my podchodzimy. Widzę, że idzie jedna osoba z rodzinki – Marian wrzuć trochę dla chorych dzieci. Wrzuca. Inni raczej przechodzą z boku, spoglądają na nas, niektórzy przyglądają się jakby zdziwieni. Jesteśmy lekko zawstydzeni i trochę zażenowani sytuacją, głupio nam zaczepiać ludzi. Odczuwamy na własnej skórze, że nie jest łatwo wyciągać rękę po pieniądze, a tym bardziej kogoś zaczepiać. Widać, że praca wolontariusza jest mało komfortowa. Łatwiej jest dać pieniądze. Ktoś daje złotówkę, ktoś inny dwa złote. Mało kto się uśmiechnie czy z nami porozmawia – pieniążek, puszka, serduszko. Powoli ludzie znikają. Zostajemy my, dziewczyny z puszkami i kilka innych osób.

Rozmawiamy chwilę. Pytam jak zbiórka. Andrzej mówi, że dały mu pieniądze trzy osoby, mi też trzy mówię. Janusz też kilka złotych dostał. Jesteśmy zawiedzeni. Oględnie mówiąc, jak na ilość ludzi jaka wyszła z kościoła, wynik nie jest imponujący. Zastanawiamy się. Młodzież na pewno zebrała więcej. Zawiedzeni rozmawiamy. W końcu dochodzimy do konstruktywnego wniosku, że prostu nie mamy szans w zbieraniu w konkurencji z dzieciakami. Młodzież jest bardziej skuteczna. Postanawiamy więc poszukać innych obszarów, gdzie nie będzie konkurencji. Kręcimy się po mieście, jednak bez żadnego większego skutku. Wokół sami wolontariusze z puszkami. Potencjalnych darczyńców jak na lekarstwo. Można by pomyśleć, że dziś Lany Poniedziałek. Tak pusto. Pocieszamy się wzajemnie, że przecież to dopiero godzina 9 rano i niedziela. Później mieszkańcy wyjdą z domów. Czy sami, gdyby nie zbiórka, to w ogóle byśmy o tej porze w niedzielę byli na mieście? Trochę marzniemy.

Idziemy na osiedle na Jana Pawła II. W Dużym Parku spotykamy ludzi idących do kościoła na 10. Jeny, dają nam pieniądze. I to kilka osób po kolei. Cieszymy się. I jest sympatyczniej. Ludzie uśmiechają się do nas, rozmawiają. Budzi się nadzieja, że może nie będzie tak źle. Pojawia się jednak jeszcze coś. Rywalizacja. Ile Ci włożyli? A czemu mnie wyprzedzasz? Teraz do mojej. Trochę w formie żartu, ale widać, że każdemu z nas zaczyna zależeć, żeby zebrać jak najwięcej dla dzieciaków. Chcemy być w porządku wobec siebie. Ustalamy więc logikę działań. Jak ktoś będzie chciał dać nam pieniądze, będziemy podstawiać puszki po kolei na zmianę. Ok., ustalamy i tak robimy. Podchodzi kobieta, wkłada monetę dwuzłotową do puszki. Następnej osobie podtyka puszkę kolega. Up. Jednak nie da się zbierać po równo. Jest bowiem „mały” mankament –ktoś daje złotówkę inny daje 10 zł. Nigdy nie wiadomo, kto ile wrzuci. Kwestia szczęścia. Jesteśmy ożywieni, że w końcu zbiórka nam ruszyła. Kilka osób dało pieniądze. W końcu ciut więcej w puszkach, niż sami tam włożyliśmy.

Wracamy w stronę miasta. Młodzież kręci się z puszkami, ale jakoś nie widać nigdzie reszty zbierających radnych. Zastanawiamy się, gdzie są. Postanawiamy poszukać darczyńców gdzie indziej, otworzyć nowe rynki i znaleźć rynkowe nisze. Jedziemy do Krajkowa.. Niedługo powinna się tam kończyć msza. Stajemy przed kościołem, żadnych innych wolontariuszy. Otwierają się drzwi. Wychodzą ludzie. Pozytywny szok. Ludzie cieszą się, że mogą dać pieniądze na Orkiestrę. Przystają, pytają dlaczego w tym roku nie przyjechaliśmy z muzyką. Prawie każdy podchodzi z pieniędzmi. Co jakiś czas dostajemy banknoty. Rośnie nasza wiara w ludzi i sukces zbiórki. Zbieramy nowe doświadczenia. Każdorazowe odrywanie serduszek z kartki opóźnia ich wydawanie. Źle się odklejają. Trzeba je przygotować wcześniej. Starsza Pani podchodzi otwiera portfel i mówi, panowie ja sama nie mam dużo, ale na chore dzieci dam, wyjmuje drżącą ręką 5 zł i wkłada do puszki. Prosi, żeby serduszko dać jej do portfela. I tak kolejne osoby. Jesteśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni. Przestaliśmy się krępować, dostrzegamy, że nie tylko my ale i ludzie widzą w tym przedsięwzięciu sens. Mieszkańcy cieszą się, że mają możliwość wsparcia dzieci. W nas rodzi to jeszcze bardziej pozytywne nastawienia do tego co robimy. Nikt się nie odwraca, nie robi uników.

Postanawiamy pójść tą drogą i szukać pieniędzy dla dzieci w innych miejscowościach. Jedziemy do Strzegowa, o godzinie 11 powinna tam zakończyć się msza. Zdążyliśmy. Stajemy przed kościołem. Znów żadnych innych wolontariuszy, tylko my trzej. Mamy opracowane standardy. Przygotowane serduszka - częściowo odklejone z kartki, żeby móc je szybciej wydawać. Otwierają się drzwi kościoła, wychodzi para młodych ludzi. Przechodzą koło nas, jednak za chwilę wracają i wrzucają pieniądze do puszki. Następnie wychodzi dwóch chłopaków – od razu zmierzają do nas i wrzucają pieniądze do puszek. Po chwili przed kościołem pojawia się coraz więcej ludzi. Większość idzie do nas i daje pieniądze. Niektórzy wrzucają nawet 50 złotowe banknoty, inni 10 – 20 zł. Rozmawiają z nami. Słyszymy, że fajnie, że przyjechaliśmy – bo nikt tu wcześniej nie zbierał, teraz mogą wspomóc. Są zadowoleni. My tym bardziej. Dziękujemy wszystkim za datki. Jest bardzo miła atmosfera, ciężko nadążyć z wydawaniem serduszek. Do puszek trafia sporo pieniędzy. Powoli wszyscy rozchodzą się. Zostajemy sami. Jednak to jeszcze nie koniec, okazuje się, że część ludzi poszła do samochodów po pieniądze. Wracają i przynoszą nam kolejne datki. Jesteśmy pozytywnie zszokowani przyjęciem i reakcją.

Już wiemy, że życie wolontariusza WOŚP w małych miasteczkach i wioskach wyznacza rytm mszy w kościołach. Jak potem okazuje się, inni radni również odkryli też tę prawidłowość. Zrezygnowali ze zbierania w Raciążu, bo z młodzieżą ciężko rywalizować i stanęli pod kościołami w Koziebrodach, Gralewie i Uniecku. Dzięki temu znacząco powiększył się obszar zbiórki. Uzupełniliśmy się wzajemnie. My też dzwonimy do znajomych – o której jest kolejna msza w Krajkowie, w Uniecku itd. Znów zjawiamy się przed kościołem w Krajkowie. Tym razem przed mszą. Ludzie idą, dochodzą do nas wpłacają pieniądze i znów pojawiają się pytania co tak cicho, dlaczego bez muzyki. Tak zbierając,czekamy aż do rozpoczęcia mszy. Mamy już odjeżdżać, gdy dostrzegamy zbliżającego się do kościoła ojca z dwójką małych dzieci. Wiemy już, że dziecko to też dobry znak dla wolontariusza. Zauważyliśmy, że ludzie z dziećmi chętniej dają pieniądze. Czekamy, może nadchodząca rodzina wesprze Orkiestrę. Rzeczywiście. Każdy z maluchów może dwuletnich ma w ręku po 10 złotych i wkładaja pieniądze do puszek. Dzeci wraz z tatą cieszą się z otrzymanych serduszek, chwilę rozmawiamy, po czym wracają do domu. My cieszymy się z tego, że widzą sens w zbiórce. Okazało się, że rodzinka specjalnie przyszła pod kościół tylko dlatego, żeby przekazać pieniążki dla maluchów, w sumie niewiele młodszych od swoich własnych dzieci.

Wracamy do Raciąża. Odwiedzamy kolegę, który nas już wcześniej zapraszał i otrzymujemy od niego cały woreczek drobnych monet, jeszcze ze ślubu. Kolega mówi nam, że jego dziecko bezpośrednio skorzystało ze sprzętu zakupionego przez Orkiestrę. Synek przeszedł zaraz po urodzeniu, tak jak wszystkie noworodki w Polsce badania słuchu. To ogromny sukces fundacji. Program unikalny na skalę światową. Dzielimy solidarnie otrzymane pieniądze na trzy części i powoli wciskamy je do puszek. W końcu cały woreczek tam ląduje. Nasze puszki robią się zdecydowanie cięższe. Może na wartość naszych puszek nie wygramy ale na wagę mamy zdecydowanie szanse. Śmiejemy się z tego patrząc na siebie. No tak, gdyby tu był inny radny zamiast mnie, to na wagę zdecydowanie byście wygrali, mówi Andrzej. Idziemy dalej. Dostrzegamy naszych wspólnych znajomych z dwójką dzieci. Rozmawiamy, okazuje się, że specjalnie przyjechali dać pieniądze dla Orkiestry, każdy z nas do swojej puszki dostaje pieniądze w sumie 50 złotych. Dzwoni następny znajomy – idziemy do niego. Spotykamy się przy Małym Parku. Każdemu daje do puszki po 50 zł. To największy w ciągu całego dnia jednorazowy datek. Wow. Obok przejeżdża były radny, dostrzega nas, zatrzymuje się i daje kolejne pieniądze. Na rowerze dojeżdża do nas jeden chłopaków spotkanych rano z piwem. „Mówiłem, że przyjadę” i wciska banknot do puszki. Cieszymy się. Jeszcze raz spotykamy kolegę, który obdarował fundację monetami. Są całą rodziną. Wkładają do puszek każdemu z nas kolejne banknoty. Przemieszczamy się. Idziemy przez park w stronę osiedla na Jana Pawła. Stajemy na moście. Zbliża się kolejna msza – na 14.30. Z osiedla idą ludzie. Znów super. Zatrzymują się, wkładają monety i banknoty do puszek. Rozmawiamy, zapraszamy wszystkich na koncert do Domu Kultury. Jest bardzo miło. Stan posiadania Orkiestry w postaci zawartości naszych puszek rośnie. Są coraz cięższe.

Kolejny raz idziemy do sztabu. Tam rozgrzewa się zbierająca młodzież. Większość dziewczyn. Przeżywają, że mało ludzi w mieście chodzi, a jeśli już to w ogóle mało chętnych do wrzucania pieniędzy do puszek. Choć jest też wiele osób, które cieszą się i darowują pieniądze. Dziewczyny cieszą się, że pogoda dobra. Wspominają inne finały, kiedy to bywał śniegi i mróz albo odwrotnie odwilż i deszcz. W mrozie albo całe mokre zbierały pieniądze. Dziś jak na styczeń nie można narzekać. Do sztabu wracają panowie radni. Chwalą zbiórkę w Gralewie, Uniecku i Koziebrodach. Ludzie hojnie wsparli akcję. Kierując się tym tropem i rytmem mszy, postanawiamy jechać do Uniecka, zaraz tam się skończy msza. Jedziemy. Jesteśmy na miejscu, jak to się mówi rzutem na taśmę. My otwieramy drzwi samochodu a ludzie w tym momencie otwierają drzwi w kościele. Oj. Większość ma już serduszka. Mówią nam, ze za późno przyjechaliśmy, bo przed mszą już tam zbierali. Jednak parę osób wyjmuje pieniądze i mówi, ze skoro jesteśmy to da nam jeszcze raz datek. Zbieramy w sumie kilkadziesiąt złotych.

Chwilę rozmawiamy. I wracamy do Raciąża. Dochodzi 15 a do tej godziny mamy zakończyć zbiórkę. Jedziemy więc pod dom, zostawiamy samochód i idziemy do Domu Kultury. Wyrabiamy się. Przychodzi czas rozstania. Z puszką. Dziwne uczucie trochę. Nosisz ją cały dzień, zbierasz pieniądze, jest bardzo ważna. Pilnujesz jej, dbasz, żeby się nie uszkodziła. Potem wracasz do sztabu, oddajesz, podpisujesz listę i już. Nawet nie wiadomo ile tam jest. Uzbrajasz się w cierpliwość… Jutro się dowiesz… Jeszcze wspólne zdjęcie. Potem już koncert i światełko do nieba. Wieczorem wychodzisz z Domu Kultury, ciemno już. Z przodu idą ludzie. Reagujesz podnosząc rękę z puszką. A tak, już nie ma jej…

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy wsparli zbiórkę i przekazali pieniądze na WOŚP.

PS. Następnego dnia okazało się, że zebraliśmy we trzech około 1800 zł, a wszyscy wolontariusze w z naszego sztabu zebrali w sumie ponad 10 000 złotych. Bezkonkurencyjna okazała się jedna z młodych wolontariuszek, która zebrała samodzielnie blisko 1100 zł. Wolontariusze z naszego sztabu zbierali pieniądze dla dzieci w Raciążu, Gralewie, Krajkowie, Koziebrodach, Uniecku oraz w Strzegowie. Wszystkim jeszcze raz sedecznie dziękujemy.

(Mariusz)

Zabrania się kopiowania i wykorzystywania materiałów zgromadzonych w serwisie
www.raciaz.eu bez zgody autorów.

Polly

Projekt i wykonanie: