Raciąż.eu

Banner portalu Raciąż.eu

Nasze miasto troszkę inaczej

Jesteś w:   Strona główna > Historia miasta > Raciąż w latach II wojny światowej - wywiad z panem Stefanem Wawrowsk ...

 

Aktualności

Historia miasta

Raciąż w latach II wojny światowej - wywiad z panem Stefanem Wawrowskim, mieszkańcem Raciąża

Niedawno minęła 67 rocznica wybuchu II wojny światowej a już w styczniu będziemy obchodzić 61 rocznicę wyzwolenia Raciąża spod okupacji niemieckiej. Te sześćdziesiąt kilka to w skali tysiącletniej historii miasta niewiele, jednak na tyle dużo, że niewiele już osób te czasy pamięta. Nie znalazłem zapisanych relacji świadków z tamtych wydarzeń. Wydarzeń tak wydawałoby się odległych a jednocześnie na tyle bliskich, że żyją jeszcze ich świadkowie. Niestety kolejne lata uciekają, osób które pamiętają jest coraz mniej wśród nas. Postanowiłem zapisać relacje z tamtych lat, zachować je jako świadectwa mijającej historii. Poprosiłem o wspomnienia mojego sąsiada – pana Stefana Wawrowskiego, który całe życie spędził w Raciążu. Również te trudne czasy – lata II wojny światowej.


Mariusz Godlewski: Witam. Bardzo dziękuję że zgodził się pan ze mną porozmawiać o tych trudnych czasach. Jak dla mieszkańców Raciąża zaczęła się wojna? Co pan pamięta z tamtego dnia?

Stefan Wawrowski: W 1939 roku miałem 10 lat. Pamiętam, że 1 września 1939 roku to był piątek. Na targowicy – która wówczas była w centrum miasta, w miejscu gdzie obecnie jest mały park – zbierali się ludzie. Przyjechały furmanki, handlarze rozstawiali swoje towary. Moja przyszła żona odprowadzała stryja na pociąg. Stryj tak jak wielu innych został zmobilizowany i wyjeżdżał do jednostki. Później miało się okazać, że nigdy już nie wróci do domu. W pewnym momencie od zachodniej strony miasta nadleciały samoloty. Był duży huk. Zaczęły spadać bomy. Na szczęście nie na centrum miasta, gdzie było pełno ludzi. Wybuchały na obrzeżach, około sześciu koło kościoła, kilka przy stacji kolejowej. Zaczęła się panika, ludzie gdzie tylko mogli uciekali z targu. Niedługo po samolotach zjawili się w mieście niemieccy żołnierze. Trzeba pamiętać, że w tamtym czasie granica z III Rzeszą przebiegała niedaleko Mławy, więc już przed południem Niemców było pełno w mieście. Przybyli samochodami, motocyklami, nawet rowerami. Przybyli no i zostali na długie lata. Nikt się nie spodziewał wtedy, że to aż na tak długo.

MG: Pojawili się w mieście i co dalej? Jak się zachowywali?

SW: Rozlokowali się w kilku miejscach w mieście. Z wszystkich murowanych budynków wypędzono mieszkańców. Wprowadzili się tam Niemcy. Nie bardzo interesowali się, gdzie będą mieszkać poprzedni lokatorzy. Na ulicy Warszawskiej – u państwa Kornalewskich – rozlokowała się żandarmeria wojskowa. Żandarmeria cywilna była w piętrówce u pana Bronisława Siennickiego na ulicy Warszawskiej. Na plebanii zamieszkał niemiecki komisarz miasta, księża zostali stamtąd wyrzuceni. W remizie strażackiej – w tym samym miejscu co dziś – założono areszt.

MG: Pamiętam jak moja babcia Janina Godlewska opowiadała, że podawała jako młoda dziewczyna więźniom jedzenie przez kraty. Mieszkała niedaleko na ulicy Kinickiej

SW: Rzeczywiście, były tam takie małe zakratowane okienka. Wokół Raciąża mieszkało sporo Niemców – kolonistów, np. w Łaszewie, Siemiątkowie. Oni przywitali faszystów jak swoich. Zaczęli przeprowadzać się do miasta, zajmować stanowiska, przejmować firmy. Sporo Niemców przyjechało też z Rzeszy. W obecnej rzeźni uruchomiono przetwórstwo mięsa dla żołnierzy niemieckich. Cała produkcja szła na front dla wojska. Niemcy rabowali bydło z całej okolicy i zmuszali ludzi do kontyngentów. Jako młodego chłopaka zatrudniano mnie do pasienia tego bydła na łąkach wokół rzeki a czasem dalej aż na Żychowie Górkach.. Dla wojska pracowała tez wielka piekarnia polowa, którą założono w miejscu gdzie teraz jest szkoła podstawowa. Stały tam wielkie wojskowe piece na kołach. Drugą piekarnie Niemcy założyli w synagodze na Kilińskiego. Na ulicy Kościuszki u pana Karwowskiego była niemiecka kuchnia wojskowa.
Na rynku w budynku po starym ratuszu ( gdzie w latach 50tych ubiegłego wieku była szkoła a potem długo sklep meblowy) założono jajczarnię, pracowało w niej wielu Polaków. Niemiec - nazywał się chyba Miller - właściciel jajczarni, mieszkał w budynku rejenta naprzeciwko stacji kolejowej.

MG: O jajczarni opowiadała moja babcia, która jako kilkunastoletnia dziewczyna pracowała w niej. Miała ślady tej pracy do końca życia. Kiedyś rozmawiały przy pracy z koleżankami i śmiały się. Zobaczył to właściciel i poszczuł je psem. Została mocno pogryziona w udo. Ślady pozostały na zawsze…

SW: Wtedy było tak, że potrafili strzelać do kogoś lub go pobić za to, że nie ukłonił się Niemcowi. Mnie również właściciel jajczarni poszczuł psem, bo nie powiedziałem mu dzień dobry. Na szczęście udało mi się uciec. Ten Miller poruszał się zawsze po mieście z psem-wilczurem. Pies chodził luzem. Jak ktoś mu się nie spodobał to szczuł nim ludzi. Nie jedną osobę w Raciążu pogryzł.
Niemcy rozlokowywali się nie tylko w samym mieście ale i w okolicach. Na Ciciersku był duży majątek państwa Lutomierskich. Wysiedlono właścicieli a na ich miejsce przybył z Rzeszy Niemiec o nazwisku Lidkie. W tym gospodarstwie pracowało wielu ludzi z Raciąża, zmuszano ich do tego. Ja tez tam jakiś czas pracowałem.

MG: A co się działo z ludnością żydowską?

SW: Zaczęły się prześladowania Żydów. Wypędzano ich z domów, zamykano w getcie. Już w listopadzie hitlerowcy zgromadzili wszystkich Żydów w synagodze, żeby ich wywieźć z miasta. Niemieccy żandarmi na ulicy Kilińskiego pochwycili przechodniów – Polaków i zmusili ich do rewidowania Żydów. Zastraszali bronią, kobiety rewidowały kobiety, mężczyźni mężczyzn. Wszystkie kosztowności i biżuterię musieli układać na stołach. Potem przepędzono Żydów do kuźni, która stała za torami kolejowymi, naprzeciwko dawnej bazy GS – był to obóz przejściowy dla Żydów i stamtąd wywieziono ich koleją.
Trzeba sobie zdać sprawę, na jaką skalę była to wywózka. Raciąż stracił połowę mieszkańców. Przecież przed wojną w mieście było może z dziesięć sklepów polskich. Sklepy spożywcze mieli państwo Auguścikowie oraz Sienniccy. Na Mławskiej był rzeźnik Nicgorski. Rzeźnikami byli też Bieranowski i Jędrzejewski. Grzybowscy mieli piekarnię i sklep na Błoniach, były jeszcze dwie inne piekarnie polskie – u Jabłońskich na Kinickiej oraz u Majewskich. Na Mławskiej był też sklep monopolowy i restauracja pana Miklewskiego. I to wszystko. Cały pozostały handel był w rękach Żydów. W centrum miasta - wokół rynku w większości były sklepy żydowskie – tam gdzie obecnie stoją bloki, gdzie jest urząd miasta. Żydzi mieli także swoją szkołę na Warszawskiej, część chodziła też do polskiej szkoły. Cała ta społeczność zniknęła. W sumie pewnie około dwóch tysięcy ludzi zniknęło z dnia na dzień z miasta. Niemcy nie zaprzestali na żyjących, nie dano spokoju także zmarłym. Nieopodal lasu był cmentarz żydowski – kirkut. Hitlerowcy zniszczyli go także, rozwalili groby i wywieźli większość płyt nagrobnych.

MG: A jaki był stosunek Niemców do Raciążków którzy pozostali w mieście?

SW: Polakom też utrudniano życie. W kościele urządzono magazyn paszowy. Składowano w nim w prasowanych kostkach paszę dla koni. Msze święte mogły odbywać się tylko w niedzielę w zakrystii, tam był tymczasowy ołtarz. Jednak niewiele osób chodziło, bo jak Niemcy zobaczyli, że ktoś wraca z kościoła, to zaczepiali i zabierali do sprzątania latryn na ich kwaterach albo wymuszali inne uciążliwe i nieprzyjemne prace. Potrafili też pobić.
Polacy musieli się rejestrować w czymś w rodzaju niemieckiego biura pracy. Każdy tam był zapisany. Niemcy dokładnie wiedzieli co kto robi. Prace wyznaczali różne, czasem bardzo ciężkie, np. budowa dróg. Wokół Raciąża były kiepskie drogi. Niemcy je poprawiali, żeby były użyteczne dla wojska. Zatrudniali Polaków do robienia tłucznia na drogi. Tłukli oni kamienie na mniejsze, żeby je układać na drodze. Pracowało przy tym mnóstwo ludzi. Niemcy zwykle wypłacali im pensje z samochodów. Kiedyś powiedzieli, że pensja będzie rozdawana na łące, tam gdzie jest dziś stadion. Wszyscy zgłosili się tam o wyznaczonej godzinie po pieniądze, często z żonami. Był tez tam mój ojciec. W sumie około 70 osób. Kiedy wypłacano pieniądze, przyjechały trzy ciężarówki a teren otoczyli żołnierze niemieccy. Wszystkich mężczyzn przy lamencie i krzykach kobiet załadowano na ciężarówki i wywieziono. Tak jak stali. Okazało się później, ze wywieziono ich na wschód, blisko frontu. Tam zmuszano do pracy przy budowie dróg. To była ciężka i wyczerpująca praca – wieczny głód. Władysław Czapliński potem opowiadał, że myślał wtedy, że chciałby się choć raz jeszcze w życiu najeść i umrzeć. Jedli tam obierki od ziemniaków. Jeden z pracujących Raciążków specjalnie położył się pod pociąg, żeby zostać rannym i wrócić do domu. Stracił obie nogi… Mój ojciec był tam sanitariuszem, nie pracował przy budowie dróg tylko przy niemieckim lekarzu. Dzięki mojemu ojcu, który dobrze poznał się z niemieckim lekarzem o nazwisku Flige, wielu mieszkańców wróciło do Raciąża z zaświadczeniem o chorobie i niezdolności do pracy, które wystawił ten lekarz na prośbę ojca..
Wracając do początku wojny, w mieście zamknięto szkołę, której kierownikiem przed wojną był pan Gawliński Jednak ludzie uczyli się po domach w małych grupkach. Ja kilka razy chodziłem na Folwark, tam nas uczyła kuzynka jednego z mieszkańców – pana Góreckiego. Było to niebezpieczne, ojciec bał się o mnie i później nie pozwalał mi się tam uczyć.

MG: Co pan zapamiętał jeszcze z okresu okupacji? Dało się odczuć większą solidarność mieszkańców?

SW: Pod koniec wojny, przez miasto Niemcy przepędzali dużą ilość ludzi z zewnątrz. Prowadzili ich w wielkim zamieszaniu, kobiety, mężczyzn, dzieci. Nie wiem dokładnie skąd byli Ci ludzie. Kiedyś podczas przemarszu takiej grupy obok znalazł się twój dziadek – Roman Godlewski. Mieszkał na rynku, więc ciągle obserwował takie grupy. Zwrócił on uwagę na rodzinę z dzieckiem, małą 5-6 letnią dziewczynką. Jak potem opowiadał, patrzył ciągle na tę rodzinę i na dziewczynkę, szkoda mu było dziecka. Zauważyła to matka, w zamieszaniu pchnęła dziecko w stronę Twojego dziadka. On chwycił ją za rękę i szybko odeszli. Wychowywał ją przez całą wojnę. Nikt go nie wydał Niemcom. Kilka lat po wojnie zjawił się ktoś u dziadka, prawdopodobnie z rodziny i dziewczynkę zabrał.

MG: Była więc solidarność między ludźmi, skoro udało się uratować tę dziewczynkę – nikt nie wydał dziadka.

SW: Była i nie była. Trafili się tacy, którzy współpracowali z Niemcami i nie jednemu dali w kość, a kilka osób przez nich zginęło. W Raciążu było ich dwóch: Szcześniak i Rutynowski. Był jeszcze Wróblewski, który jeździł końmi dla żandarmów. Nie można było mu ufać, ale nie dał się we znaki ludziom tak, jak tych dwóch.. Tamci bawili się z Niemcami, wydawali ludzi i znęcali się nad Polakami. Do tej pory mam po nich ślady na plecach. Kiedyś zmusili mnie i wielu innych chłopaków do udziału w polowaniu. Mieliśmy robić nagonkę. No i zamiast iść co kilka metrów, szliśmy w grupie rozmawiając. Szcześniak to zobaczył. Część uciekła, mnie złapali. Długo mnie bili z Rutynowskim po plecach i po całym ciele. Strasznie mnie zmaltretowali. Do tej pory mam ślady po tym biciu. Byłem w fatalnym stanie. Dzięki pomocy niemieckiego lekarza Truderunga trafiłem do szpitala. Tak samo pobili wtedy Stanisława Rokickiego. Mieliśmy po 12 lat.
Innym Szcześniak też się przysłużył. Miał on gospodarstwo rolne, w nim między innymi łąki. Zmuszał do pracy w gospodarstwie Polaków. Pewnego dnia Szcześniakowi miał ciąć łąkę Ignac Kowalewski. Z jakiegoś powodu nie poszedł. Szcześniak z zemsty wydał go Niemcom, trafił do obozu. Nigdy już nie wrócił.

MG: O tym Szcześniaku opowiadano u mnie w domu. Mój pradziadek Jan Godlewski, ojciec mojej babci Janiny, był wykształconym człowiekiem. Przed wojną był w Radzie Miejskiej Raciąża. Znał niemiecki i często służył za tłumacza niemieckim żołnierzom i żandarmom. Kiedyś z jakiegoś powodu Szcześniak kazał Niemcom zastrzelić mojego pradziadka, Ci nie zrobili tego tylko dlatego, że go znali jako tłumacza.

SW: Po wojnie był proces obydwu zdrajców. Przyjechali sędziowie z Warszawy a sąd odbył się w synagodze na Kilińskiego. Zeznawało wielu pokrzywdzonych przez nich Raciążków – obydwu skazano na długoletnie więzienie. Dostali chyba po 9 lat.

MG: Czy w Raciążu ginęli ludzie z rąk Niemców?

SW: Ginęli. Nie ciągle, ale były takie wypadki. Drastycznym przykładem może być śmierć 40 letniego Stanisława Krajewskiego. Wybrał się on kiedyś za plebanię na ogród kopać chrzan. Zobaczyła go żona niemieckiego komisarza miasta, który tam wtedy mieszkał. Próbowała go wygonić z ogrodu, ale on nie wyszedł. Wezwała żandarmów. Ci przyjechali i chcieli aresztować Polaka. To był bardzo silny mężczyzna, nie dawał się żandarmom. Chyba uderzył kilku z nich. Zawieźli go do więzienia w remizie i tam zastrzelili.

MG: Straszna kara za tak drobną rzecz. Wokół miasta jest tyle lasów. Czy działała w nich partyzantka?

SW: Działała. Pomagali im tez mieszkańcy Raciąża. I drogo za to płacili. Między lasem a miastem mieszkała rodzina Kucińskich. Mieli gospodarstwo rolne. Była tam stodoła, a pod nią bunkier z tunelami. Tunele były wyprowadzone w pola w stronę lasu. W bunkrze ukrywali się partyzanci. W partyzantce byli obydwaj synowie Kucińskich Marian i Paweł. Udawało im się przez całą prawie wojnę. Jednak w 1944 roku Niemcy zrobili obławę. Była strzelanina, partyzanci tunelami zdołali uciec. W trakcie obławy zginął jeden z braci, drugi uciekł. Małżeństwo Kucińskich wraz z córką Ireną zostali aresztowani, trafili do obozu. Tylko córka wróciła. Najstarszy – dziadek Kuciński zginął zastrzelony na miejscu.

MG: Czy pan osobiście też stracił kogoś w wojnę z rodziny?

SW: Moja żona straciła. Brata. Ojciec mojej żony - Kęsicki - był kominiarzem, pracował w Raciążu. Niemcy nakazali mu przeprowadzkę wraz z całą rodziną do Bieżunia, bo tam nie było kominiarza. Nie było wyjścia, cała rodzina musiała się przeprowadzić i zamieszkać w Bieżuniu. Stało się tak pewnego dnia, że na szosie gdzieś koło Bieżunia partyzanci zabili Niemca. Okupanci z zemsty zaczęli przeprowadzać egzekucje na przypadkowych Polakach. Strzelali do każdego kogo spotkali. Brat żony Zbigniew Kęsicki przejeżdżał tamtędy na rowerze – jechał do pracy. Zastrzelili go na drodze między Sierpcem a Bieżuniem. Uciekał w łąki – tam go znaleziono.

MG: Słyszałem o tym wydarzeniu w domu od babci Janiny.

SW: No tak. Zbyszek był jej narzeczonym. Czekała na niego w Raciążu, miał tego dnia przyjechać do niej. Nie przyjechał …

MG: Żona resztę okupacji spędziła w Bieżuniu?

SW: Tak. Żona pracowała tam u kolonistów niemieckich, kierowników poczty w Bieżuniu, Jana i Leokadii Szpeflich. To byli przyzwoici ludzie. Dobrze żyli z Polakami, przekazywali informacje z poczty do partyzantów. Łączniczką z partyzantami była moja żona. Nosiła informacje do lasu. Nie było to zbyt bezpieczne zajęcie oględnie mówiąc. Na szczęście nie wpadła. Udawało się aż do zakończenia wojny. Zresztą państwo Szpeflich pozostali w Polsce po wojnie. Długo mieszkali w Bieżuniu, potem przenieśli się do Wąbrzeźna. Z czasów wojny pozostała na cmentarzu w Bieżuniu zbiorowa mogiła żołnierzy AK, spoczął w niej również brat mojej zony. Jest tam też zbiorowy grób partyzantów.

MG: Wróćmy do Raciąża. Był pan wtedy młodym chłopakiem. Zmuszany był pan do różnych prac. Jednak młodość ma swoje prawa, nie szukaliście jakichś rozrywek, co robiliście poza pracą?

SW: Na przykład trochę dorabialiśmy. Zbieraliśmy niedopałki papierosów, wybieraliśmy tytoń i jak zebrała się większa ilość to sprzedawaliśmy. Czasem sięgaliśmy po rozrywki, które mogły nas i nasze rodziny kosztować życie. Cóż, człowiek był młody i nie myślał. W okolicach miasta, między innymi w lesie sierakowskim, także na Błoniach na łąkach u jednego gospodarza Niemcy urządzili magazyny amunicji. Nie były to jakieś klasyczne magazyny, po prostu w skrzyniach przechowywano amunicję, leżały stosy pocisków. Nikt nawet jej nie pilnował zbytnio, bo ludzie bali się tam zbliżać No i my mieliśmy z tej amunicji rozrywkę – zabieraliśmy po kilka pocisków i chodziliśmy na most kolejowy je wysadzać. Podkładaliśmy je na tory jak jechał pociąg. Dla zabawy. Robiliśmy to wiele razy. Kiedyś przesadziliśmy. Załadowaliśmy z kolegami tej amunicji na taczkę więcej. Poszliśmy na most kolejowy, niedaleko wykopaliśmy dół, włożyliśmy słomę, pociski, słomę itd. Podpaliliśmy. Jak zaczęły wybuchać, to ludzie w Raciążu myśleli, że to jakaś bitwa. Na miejsce wybuchów przyjechali Niemcy. Zdążyliśmy już jednak uciec. Ktoś mnie wydał, że tam byłem. Bałem się wrócić do domu. Niemcy byli tam przede mną. Pobili strasznie mojego ojca, żeby powiedział gdzie jestem. Mówił, że jestem na Łempinie w pracy u jednego gospodarza. Ten gospodarz na szczęście to potwierdził. Skończyło się na pobiciu ojca. Mi nic nie zrobili.

MG: Czy później – w trakcie okupacji nie było już nalotów?

SW: Pamiętam jedną taką jedną sytuację, kiedy na miasto spadła bomba. W czasie wojny obowiązywało zaciemnienie. Nawet jeden promień światła nie mógł wydostać się na zewnątrz. Jeśli Niemcy zobaczyli, że światło przebija przez okno, wpadali do domu i potrafili pobić wszystkich domowników. Często nie kończyło się na biciu. Pamiętam - na ulicy Zawoda stała kuźnia. Pewnego wieczoru 1942 roku było tam kilka osób: kowal, jego córka, również mój ojciec i jeszcze kilku mężczyzn.. Jak to chłopy – popili trochę. No i zapomnieli o zaciemnieniu. Akurat nad miastem przelatywał kukuruźnik, zobaczył światło i zrzucił bombę. Trafiła w kuźnię. Żona Kowala zginęła na miejscu. Ojciec na szczęście przeżył. Takie to były czasy.

MG: Kiedy zbliżał się styczeń 1945 roku – czas wyzwolenia Raciąża, czuć to było w zachowaniu Niemców w mieście? Bali się? Byli lepsi dla Polaków?

SW: Najbardziej zbliżające się wyzwolenie było słychać. Co wieczór, przez pół roku przed wkroczeniem Rosjan, dobiegał z daleka pomruk dział i wystrzałów - chyba gdzieś z rejonu Modlina. A Niemcy – cóż, do końca pozostali takimi jak podczas całej okupacji. Tuż przed samym wyzwoleniem omal nie doszło do tragedii - masowego wymordowania ludności Raciąża. Pracowaliśmy wtedy z kilkoma Polakami w remizie strażackiej, gdzie obok aresztu zrobili warsztat naprawy silników samochodowych. Pamiętam dzień 18 stycznia 1945 roku. Tego dnia często dzwoniły telefony. Kazik Dąbrowski, z którym pracowaliśmy, rozumiał o czym Niemcy mówią. Padł rozkaz, żeby wszystkich ludzi przepędzić do budynków po jednej stronę ulicy Kinickiej ( dziś Kilińskiego) i obrzucić granatami. Widzieliśmy to z warsztatu. Zaczęli ustawiać ludzi na jednej stronie. Wtedy nadleciały samoloty radzieckie. Niemcy zaczęli krzyczeć „Iwan! Iwan!”. Znów zadzwonił telefon – słuchaliśmy jak rozmawiają – ktoś przekazał, że Rosjanie są już w Strzegowie. Niemcy zaczęli uciekać w popłochu, zostawiając ludzi w spokoju. Wieczór 18 stycznia to był pierwszy dzień od wielu lat kiedy w mieście nie było Niemców. Prawie nie było, wiem o jednym który został, o nazwisku Rosół. To był dobry człowiek, żył w przyjaźni z Polakami. Już rankiem 19 stycznia zjawiła się w Raciążu Armia Radziecka.

MG: Bez walki?

SW: Był jeden taki epizod. W mieście doszło do wysadzenia mostu na Raciążnicy. Zrobił to dobrowolec, Ukrainiec w służbie niemieckiej. Kiedy Rosjanie wkraczali, on krzyczał do nich po rosyjsku: Ja wasz brat, nie strelajcie. Zastrzelili. Na rogu Mławskiej i rynku. I tak pozostawili. Nie dali go pochować. Czołgi po nim przejeżdżały. Pamiętam, że jak Rosjanie wkraczali do Raciąża, to ciągle pytali: Skolko do Berlina? W mieście pojawiło się też NKWD oraz radziecka komenda miasta.
Niemcy bronili się w rejonie Kraszewa, tam zginęło 21 radzieckich żołnierzy. Ich ciała przywieziono do Raciąża i pochowano na terenie targowiska miejskiego – dziś Małego Parku. Groby otoczono płotem. Powstał mały - dwadzieścia na dwadzieścia metrów cmentarz żołnierzy radzieckich. Jednak obok na placu odbywały się po wojnie tak jak przed wojną targi. Nie było to odpowiednie miejsce na cmentarz. Chyba w latach 50-tych przyjechali Rosjanie i zabrali szczątki żołnierzy do Związku Radzieckiego.

MG: Z wojennej pożogi miasto wyszło bez połowy mieszkańców. Czy nikt z przedwojennych mieszkańców narodowości żydowskiej nie zdołał wrócić po wojnie do miasta?

SW: Kilka, chyba około 10 osób wróciło. Wrócili młodzi ludzie, którym udało się przetrwać obozy i uniknąć szalejącej wokół śmierci. Mogli mieć po 18 - 20 lat. Mężczyźni i kobiety. Niektóre kobiety były w ciąży. Zamieszkali na ulicy Zielonej w swoim przedwojennym domu. To byli nasi sąsiedzi, mieszkaliśmy niedaleko, znaliśmy się sprzed wojny. Była to rodzina handlarza koni o nazwisku Cender. I wtedy stało się coś strasznego. W nocy banda napadła na ten dom. Zaczęli po kolei mordować tych ludzi. Jedna z dziewczyn wyskoczyła z pierwszego piętra na pole i uciekła do naszego domu. Mocno się poturbowała skacząc, ale uratowała życie. Mordercy nie odważyli się przyjść do naszego domu. Mój ojciec był takim trochę felczerem, długo opiekował się tą dziewczyną, aż wyzdrowiała. Potem wyjechała z Raciąża. Nigdy chyba nie wróciła. Pamiętam jak ciała zabitych ułożono w starej synagodze. Straszny widok, do tej pory go pamiętam. Nikt nigdy za ten mord nie odpowiedział.

MG: Trudno cokolwiek na to powiedzieć. Przeżyli wojnę, wrócili szczęśliwie do domu i tutaj spotkała ich śmierć. Trudno to zrozumieć. SW: To były ciężkie czasy. Nie wszyscy partyzanci złożyli broń. Walczyli z nową władzą. Broń mieli też zwykli bandyci i złodzieje, rabowali sklepy i ludzi. Upki (funkcjonariusze UB) też potrafili dać się ludziom we znaki. Pamiętam z tamtych czasów dwóch braci Ciarkowskich – Stanisława i Zygmunta. Całą wojnę byli w AK, po wojnie nie złożyli broni, walczyli przeciwko PRL. Zygmunta rozstrzelali, prawdopodobnie w Płońsku. Drugi brat był ranny pod Ciecierskiem. Leżał w szpitalu w Sierpcu, przykuty kajdankami do ściany. AK go stamtąd wykradło. W końcu go aresztowali - dostał dożywocie.

MG: Nie dla wszystkich przyszło wyzwolenie … Bardzo dziękuję za rozmowę. Mam nadzieję na kolejną, o latach powojennych. Internauci na pewno dowiedzieli się od Pana wielu zupełnie nowych rzeczy o historii naszego miasta. Opowieść ta jest tym bardziej ważna, bo pochodzi od uczestnika tych zdarzeń, jest świadectwem o tamtych czasach. Jeszcze raz bardzo dziękuję.

(Mariusz)

Zabrania się kopiowania i wykorzystywania materiałów zgromadzonych w serwisie
www.raciaz.eu bez zgody autorów.

Polly

Projekt i wykonanie: